Leonard nienawidził podróży. Bolące
nogi, pot i płatająca figle pogoda. Miał nadzieję szybko wskoczyć do pierwszego
lepszego powozu i zasnąć, a był to dopiero początek drogi. Od jego domu do
najbliższej wioski trzeba było iść przez cały dzień, a do najbliższego miasta,
dwa. Już myślał o jakiś udogodnieniach, chociaż wyszli tylko kilka godzin temu.
Oczywiście, Leonard zniósłby taką wyprawę z łatwością, ale po co się męczyć?
Miał nadzieję, że Amelie myśli tak samo i rzeczywiście, wsiądą do pierwszej
lepszej dorożki. Na jego szczęście, pewnie miało się tak stać. Śpieszyli się,
więc powolna przeprawa przy użyciu tylko własnych nóg, logicznie, była
wykluczona.
Weszli do lasu,
w końcu otrzymując trochę cienia. Leonard nie narzekał na piekące słońce, ale
musiał przyznać, że ta zmiana była czymś przyjemnym. Za to Amelie, widocznie w
słońcu – cierpiała, gdy tylko zobaczyła pierwsze drzewa z polany, rzuciła się
do nich szalonym sprintem. Kiedy Leonard już do niej nadgonił, znalazł ją
rozłożoną na runie leśnym. Dyszała, tak jakby podczas biegu zapomniała co to
znaczy oddychać. Kiedy już jej oddech się ustabilizował, podniosła się
otrzepała się z ziemi i mchu, tam gdzie mogła, po czym odwróciła się i
poprosiła Leonarda, żeby zdjął jej cokolwiek co mogło zostać w jej włosach.
Było tego dużo, między innymi siedział w nich jeden duży, masywny wręcz, pająk.
Leonard bał się pająków. Zastanawiał się czy jest możliwość, że to obrzydliwe
coś jest jadowite. Zastanawiał się też, czy nie zostawić go Amelie we włosach i
nie pisnąć o tym ani słowa. Jednak, w końcu wyjął go, choć nie było to
psychicznie łatwe zadanie. Próbował pomóc sobie w głowie słowami „to co będzie
cię czekać jak już dojdziesz na miejsce, będzie gorsze” i cóż, pomogło mu to w
wyciągnięciu pająka, ale jego ogólny stan psychiczny nie zniósł tego dobrze.
„No właśnie, idę na łów”. Przeszły go ciarki. Próbował z całych sił przepędzić
tą myśl.
- Mam tam coś jeszcze? –
Amelie spytała.
- Nie, ale peleryna trochę
ci się przebarwiła – Leonard skwitował szczerze.
Amelie odwróciła się powoli w stronę Leonarda, łapiąc za brudne
płótno.
- Och… - westchnęła smutno
– Jak sądzisz, dopierze się?
- Nie często tarzam się po
lesie, nie mogę stwierdzić – rzucił.
- Ach…szkoda – zaśmiała się
– dobrze, że przynajmniej od teraz będziemy mieli ten cień, z tego co pamiętam
ciągnie się prawie aż do wioski – powiedziała optymistycznie.
- Racja, sądzę, że czeka nas
jeszcze tylko godzina podróży w słońcu.
Zaczynało się
ściemniać. Leonard już dawno nie spał pod otwartym niebem (choć teraz
przesłonionym koronami drzew). Mieli dwie opcje, spać na ziemi, albo na
drzewach. Amelie wolała tą drugą, a Leonard pierwszą. Pewnie spałaby w postaci
kota, kompletnie niewzruszona tym, że jest nad ziemią. Nawet jakby miała spaść,
to na cztery łapy, nie to co Leonard, prawdopodobnie twarzą w jakiś kamień, czy
korzeń, a przynajmniej tak to sobie wyobrażał. W końcu, zdecydowali się spać na
ziemi. Ustalili wachty – pół nocy Amelie, pół nocy Leonard. Osoba na wachcie
miała pilnować ogniska i tego, czy nikt się do nich aby nie podkrada.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz