Kiedy Amelie w
końcu wyszła z łazienki, Leonard już kompletnie stracił ochotę na kąpiel.
Posłał kobiecie krótkie, nienawistne spojrzenie kiedy przemykała do swojego
pokoju. Zawczasu zaczął się pakować. Nie chciał targać ze sobą za dużo
niepotrzebnych klamotów, zabrał tylko, dla niego, niezbędniki. Kilka koszul,
dwie pary spodni, buty na zmianę i jedną książkę, którą mógł czytać
nieskończenie wiele razy, a przynajmniej tak sądził. Znał ją praktycznie na
pamięć, gdyby go o to poprosić, zacząłby cytować postaci bez błędu, no, oprócz
rozdziału o kradzieży miecza głównej postaci, to on sprawiał, że znał tą
książkę „praktycznie” na pamięć. Był ten kawałek bowiem tak nudny, że Leonard
zawsze go pomijał. Nie wnosił niczego do fabuły, więc dlaczego miałby go czytać
skoro jest taki nużący? Nie wiedział dlaczego autor zajął swój czas by go
napisać. Tak czy siak, z tym rozdziałem, czy bez, książka była jedną z ulubionych
Leonarda. Mimowolnie uśmiechnął się do niej przed tym gdy zniknęła w torbie.
- Więc zdecydowałeś się? – spytała stojąca w
drzwiach Amelie, z jej włosów nadal kapała woda.
- Jak widzisz – westchnął, zasuwając suwak
torby.
- A więc uzyskałam moją odpowiedź przed ustalonym
czasem, ale znając ciebie, pewnie będziesz wolał poczekać do południa z
wyjazdem – uśmiechnęła się.
Leonard wiedział,
że nie musiał jej odpowiadać, po samym jego wzroku była w stanie ocenić co
myśli. Oczywiście, że wolał jak najdłużej oddalać w czasie wyjazd.
- Szkoda, wychodzić od razu na skwarne
godziny. Nie jestem na zewnątrz, a już czuję jak się pocę.
- Jestem przyzwyczajony do tych temperatur.
- A ja nie – rzuciła Amelie.
- Przydałoby ci się trochę opalić – otaksował
ją od góry do dołu, patrząc na jej nienaturalnie bladą skórę.
- To byłoby trudne – odparła – W naszych
stronach zdobyłam już miano Bladoszka.
- Blada i loszka? Aplauz dla tego, kto to
wymyślił – zaśmiał się Leonard.
- O, nie, dlaczego w ogóle ci o tym
powiedziałam – Amelie wyglądała na zdegustowaną i rozbawioną w tym samym
czasie.
Leonard przestał
się śmiać. Nie obraziła się?
- Od kiedy zachowujesz się względem mnie tak…
- nie był w stanie się wysłowić.
- Wybaczyłam ci, Leonardzie, i tyle –
oświadczyła bez krzty szyderstwa czy kłamstwa w głosie.
- Niestety, ja ciebie nadal nienawidzę, nie
wierzę ci – wzruszył ramionami.
- Niestety – westchnęła – ale możemy nad tym
pracować w drodze na miejsce, nieprawdaż?
- Nie widzę tego – parsknął złośliwie.
- Sprawię, że zobaczysz.
Leonard już nic
więcej nie powiedział, tylko uniósł nieznacznie brwi. Amelie uśmiechnęła się i
wyszła z drzwi pokoju Leonarda, znikając w korytarzu. „Wybaczyłam ci,
Leonardzie, i tyle”. Jak mógłby w to uwierzyć? Szczerze, chciał, ale nie
potrafił. Po tylu latach nienawiści, czy mogła tak po prostu mu wybaczyć? A on
jej? Czy dałby radę? Te rozmyślenia zaczęły go denerwować, a teraz, czekało na
niego kilka dni patrzenia się w jej twarz, zastanawiając się, czy jest to twarz
kłamcy.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz