poniedziałek, 9 września 2019

Dom


Kiedy Amelie w końcu wyszła z łazienki, Leonard już kompletnie stracił ochotę na kąpiel. Posłał kobiecie krótkie, nienawistne spojrzenie kiedy przemykała do swojego pokoju. Zawczasu zaczął się pakować. Nie chciał targać ze sobą za dużo niepotrzebnych klamotów, zabrał tylko, dla niego, niezbędniki. Kilka koszul, dwie pary spodni, buty na zmianę i jedną książkę, którą mógł czytać nieskończenie wiele razy, a przynajmniej tak sądził. Znał ją praktycznie na pamięć, gdyby go o to poprosić, zacząłby cytować postaci bez błędu, no, oprócz rozdziału o kradzieży miecza głównej postaci, to on sprawiał, że znał tą książkę „praktycznie” na pamięć. Był ten kawałek bowiem tak nudny, że Leonard zawsze go pomijał. Nie wnosił niczego do fabuły, więc dlaczego miałby go czytać skoro jest taki nużący? Nie wiedział dlaczego autor zajął swój czas by go napisać. Tak czy siak, z tym rozdziałem, czy bez, książka była jedną z ulubionych Leonarda. Mimowolnie uśmiechnął się do niej przed tym gdy zniknęła w torbie.
 - Więc zdecydowałeś się? – spytała stojąca w drzwiach Amelie, z jej włosów nadal kapała woda.
 - Jak widzisz – westchnął, zasuwając suwak torby.
 - A więc uzyskałam moją odpowiedź przed ustalonym czasem, ale znając ciebie, pewnie będziesz wolał poczekać do południa z wyjazdem – uśmiechnęła się.
Leonard wiedział, że nie musiał jej odpowiadać, po samym jego wzroku była w stanie ocenić co myśli. Oczywiście, że wolał jak najdłużej oddalać w czasie wyjazd.
 - Szkoda, wychodzić od razu na skwarne godziny. Nie jestem na zewnątrz, a już czuję jak się pocę.
 - Jestem przyzwyczajony do tych temperatur.
 - A ja nie – rzuciła Amelie.
 - Przydałoby ci się trochę opalić – otaksował ją od góry do dołu, patrząc na jej nienaturalnie bladą skórę.
 - To byłoby trudne – odparła – W naszych stronach zdobyłam już miano Bladoszka.
 - Blada i loszka? Aplauz dla tego, kto to wymyślił – zaśmiał się Leonard.
 - O, nie, dlaczego w ogóle ci o tym powiedziałam – Amelie wyglądała na zdegustowaną i rozbawioną w tym samym czasie.
Leonard przestał się śmiać. Nie obraziła się?
 - Od kiedy zachowujesz się względem mnie tak… - nie był w stanie się wysłowić.
 - Wybaczyłam ci, Leonardzie, i tyle – oświadczyła bez krzty szyderstwa czy kłamstwa w głosie.
 - Niestety, ja ciebie nadal nienawidzę, nie wierzę ci – wzruszył ramionami.
 - Niestety – westchnęła – ale możemy nad tym pracować w drodze na miejsce, nieprawdaż?
 - Nie widzę tego – parsknął złośliwie.
 - Sprawię, że zobaczysz.
Leonard już nic więcej nie powiedział, tylko uniósł nieznacznie brwi. Amelie uśmiechnęła się i wyszła z drzwi pokoju Leonarda, znikając w korytarzu. „Wybaczyłam ci, Leonardzie, i tyle”. Jak mógłby w to uwierzyć? Szczerze, chciał, ale nie potrafił. Po tylu latach nienawiści, czy mogła tak po prostu mu wybaczyć? A on jej? Czy dałby radę? Te rozmyślenia zaczęły go denerwować, a teraz, czekało na niego kilka dni patrzenia się w jej twarz, zastanawiając się, czy jest to twarz kłamcy.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Tawerna

Kotka nie drążyła tematu dalej. Przeskoczyła na szerszą, wyżej położoną gałąź i ponownie zapadła w sen. Leonard zastanawiał się jakim praw...