poniedziałek, 9 września 2019

Śnieżnobiały kot


Bursztynowa barwa nieba, pływające po nim chmury, rozjaśniające je słońce. Pędzel śmigał po płótnie jak bryza znad morza, która w tym czasie zajęta była targaniem włosów artysty. Rześkość powietrza koiła jego ból głowy, nieznacznie, ale jednak. Był tak piękny, że na pierwszy rzut oka można by uznać, że jest kobietą. Długie włosy, w odcieniu, którego opisanie możliwe było tylko słowami "mieszanka srebra z bardzo jasną zielenią", lekko falowane, upięte w niski kucyk, pół-przezroczysta, do połowy rozpięta koszula na guziki, ciasne, ciemne spodnie z wysokim stanem, białe buty wizytowe ze złotą podeszwą - tak prezentował się Leonard Aarin Zaros. Myślał właśnie, że o wiele bardziej chciałby mieć widok na zachodzące słońce nad morzem, a nie wschodzące, ale na tamtejszą chwilę, zmuszony był cieszyć się tym co miał. Skończywszy swoje dzieło, z werandy przeniósł je do przepełnionego, prawie po drzwi magazynu. Były w nim dziesiątki, nie, setki obrazów, łapiących kurz. Ten jeden pokój nosił w sobie wiele dni pracy i trudu, a był to zaledwie ułamek jego kolekcji. Przed wyjściem z pomieszczenia dwukrotnie upewnił się, że żaden malunek nie przewali się na ziemię przy zamknięciu drzwi.
Usiadł na szarawej kanapie w salonie. Znudzony monotonią własnej egzystencji, westchnął cierpko. Zdał sobie jednak sprawę, że nie pragnie dla siebie też czegokolwiek innowacyjnego. Naprawdę, był bardzo ciekawym istnieniem. Był już gotowy zabrać się do lektury nieco nudnawej noweli, kiedy nagle przez okno do jego mieszkania wślizgnął się śnieżnobiały kot, o bystrych, czarnych jak heban oczach, mrucząc pogodnie, zaczął kręcić się wokół Leonarda, co dwa okrążenia ocierając się o jego nogi.
 - Nie próbuj zrobić ze mnie idioty, Amelie – raczył w końcu zwrócić uwagę na zwierzę.
 - Widzę, że jesteś równie spostrzegawczy co zwykle, Leonardzie – odchrząknął kot ludzkim głosem – Trochę mnie to rozczarowuje, nie można się z tobą bawić.
Zamiast obdarzyć Amelie puentą czy kontynuacją rozmowy mężczyzna postanowił zaparzyć sobie herbatę. Upił ją w ciągu około pięciu minut, przez ten czas nie odezwał się ani słowem.
 - Jakim cudem jesteś w stanie pić tą wodę z rynsztoku? – zakpił kot – Nie ubliża ci to?
 - Jakim cudem jesteś w stanie spędzać więcej czasu jako zawszona kupa sierści niż człowiek? – zawtórował Leonard – Nie ubliża ci to? – uśmiechnął się.
Z lupą trzeba by było szukać osoby, która, bez kontekstu rozmowy, po samym tym uśmiechu domyśliłaby się, że słowa przed chwilą wypowiedziane przez Leonarda wypełnione były kwasem. Jego gra aktorska mimowolnie, przez lata stała się, jakby to powiedzieć, nie taka zła, na pewno nie był to poziom amatorski, nie chciał nazywać się profesjonalistą, ale bliżej było mu tego.
 - Musisz? Naprawdę, musisz? – syczała kotka.
 - Muszę? Oczywiście, że muszę! Przecież to ty zaczęłaś! – oświadczył.
 - Nie zaczynałabym, gdybyś mnie nie ignorował – wycedziła.
 - Oj, nie o to mi chodziło, kochanie. Mówiąc, że ty to zaczęłaś, chodzi mi o to, jak w blady dzień, postanowiłaś wskoczyć mi do domu przez okno niezapowiedziana i co najgorsze, niezaproszona – Jego głos powoli przechodził z tego cichego opanowania do chłodnego warku.
 - Leonardzie – miauknęła poważnie kotka, przemieniając się w człowieka.
Skórę miała jeszcze bielszą od sierści, włosy proste, w kolorze hebanu, tak samo jak oczy. Na sobie miała białą, luźną koszulę ze złotym wykończeniem, jej większość zakrywana była przez karminową pelerynę . Długa, blada spódnica odsłaniała tylko noski misternie zdobionych trzewików. Jej pas również był pozłacany.
 - Jestem tu przecież z jakiegoś powodu, pilnego.
 - To dlaczego traciłaś swój czas kręcąc się wokół mnie jak idio…
 - Dobra, dobra, wiem, zamknij się już – syknęła, przerywając jego pytanie.
Leonarda powoli zaczęła irytować hipokryzja kobiety. Nie chciał wiedzieć co miała do powiedzenia, nie tylko przez to jak go wkurzała, ale przez to że wiadomość, którą ze sobą niosła była z pewnością pilna. Od dawien dawna lekko mówiąc – nie przepadali za sobą. Bał się myśleć, o tym, co mogło ją skłonić do pojawienia się w jego domu. Naprzeciw kanapy, na której siedział stał stolik, a za nim fotel. Skierował swój wzrok ku niemu sugerując Amelie, by usiadła naprzeciw niego. Ból głowy, choć myślał, że już przeminął, wrócił ze zdwojoną siłą. Odrzucił głowę do tyłu, zamknął oczy i zaczął pocierać swoje skronie w nadziei, że ból ustąpi i zarazem, żeby pomóc sobie pogodzić się z sytuacją w jakiej się znajdował. Wziął głęboki wdech i zarzucił się do przodu, opierając łokcie na kolanach. Spojrzał na Amelie, która już zdążyła wygodnie usadowić się na jego meblu, wręcz za wygodnie. Zarzuciła swoje długie nogi na pierwsze ramię fotela, a plecy oparła na drugim. W ramionach miętoliła szmaragdowe poduszki.
 - Więc dlaczego tu jesteś? – spytał.
Wzięła głęboki wdech i wydech.
 - Nadszedł czas, Leonardzie. Niedługo zacznie się łów – odpowiedziała.
Skrycie wiedział o czym mówiła, ale próbował odrzucić tą myśl od siebie jak najdalej mógł.
 - Rozwiń swoją wypowiedz – uniósł brwi i wykonał zachęcający gest dłonią.
 - Nie wyżyjesz długo na tej herbatce – spojrzała na pustą filiżankę, odstawioną na stolik, Leonard był pewien, że słyszała jak nerwowo przełyka ślinę – W tym roku nikt nie będzie podawał ci jedzenia na srebrnej tacy.
 - Nie rozumiem, przecież to między innymi ja wlewam do naszej rodziny najwięcej pieniędzy – protestował Leonard.
 - Nie pieniądze karmią nasz rodzaj – zwróciła uwagę Amelie.
 - Ale dlaczego ja? Już odpowiednio przysłużam  się tym starcom – zaśmiał się nerwowo.
 - Wiesz, że nasi przywódcy bywają kapryśni, wiedzą, że się zgodzisz. Wiedzą też, że nie dasz się głupio zabić. Ich nie obchodzi to, jak bardzo się starasz, czy to, ile nam dałeś, sądzę, że taki długi żywot zaczął sprawić, że ich chęć zwalczenia nudy stała się silniejsza od moralności – uznała gorzko.
 - A co jeśli się nie zgodzę?
 - Pewnie będą mieli jeszcze większy ubaw niż w tym bardziej prawdopodobnym wypadku. Zabiorą ci wszystko, a potem znowu zmuszą, byś żył w naszej rodzinie. Przecież widziałeś to wiele razy – westchnęła Amelie – No chyba, że chcesz od teraz żyć samotnie.
Leonard opuścił wzrok na drewnianą podłogę.
 - Nie dałbyś rady, prawda? – zdziwiło go to, że w tonie jej głosu usłyszał współczucie.
 - Nie, nie dałbym – westchnął.
Nienawidzili się z Amelie, jednak z wszystkich osób, które znał, to ona wiedziała o nim najwięcej. Miała niezwykle przenikliwe oczy. Przed kimkolwiek innym musiałby chować swój niepokój i stres, by uchować swój honor. Przy niej nie musiał tego robić, ona i tak by go zobaczyła. Nie wiedział czy mu się to podoba, czy strasznie denerwuje.
 - Ile mam czasu na odpowiedź?  - „mam nadzieję, że dużo”.
 - Jeśli chcemy na czas dotrzeć na miejsce, sądzę że mogę poczekać do jutrzejszego południa.
 - Cholera – zaśmiał się cierpko.
Leonard podniósł się na równe nogi i z salonu prześmignął do przestronnego korytarza. Zatrzymał się przy framudze.
 - Twój pokój to ten drugi po lewej – zawiadomił Amelie.
 - Pamiętam – oznajmiła z uśmieszkiem.
Leonard syknął, słysząc jej odpowiedź. Odnosił się do niej z szacunkiem, przynajmniej na tyle na ile był w stanie, jedynie z dwóch powodów; pierwszy – była kobietą, a jemu bardzo zależało na wyrobieniu sobie ego dżentelmena, drugi – bo niegdyś wplątał ją w niezłe bagno, z którego nadal nie wyszła.
               Przeszedł do swojego pokoju i rozłożył się na swoim łóżku. Znał już swoją odpowiedź, ale pragnął dla siebie jeszcze choćby chwili spokoju zanim opuści swój dom przy morzu. Zanim będzie zmuszony do czegoś czego unikał latami. Tamtej nocy Leonard miał kłopot z zaśnięciem, bowiem bał obudzić się bliżej wyznaczonej godziny.



Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Tawerna

Kotka nie drążyła tematu dalej. Przeskoczyła na szerszą, wyżej położoną gałąź i ponownie zapadła w sen. Leonard zastanawiał się jakim praw...