piątek, 13 września 2019

Tawerna


Kotka nie drążyła tematu dalej. Przeskoczyła na szerszą, wyżej położoną gałąź i ponownie zapadła w sen. Leonard zastanawiał się jakim prawem była w stanie zrobić to tak szybko, biorąc pod uwagę to, co się przed chwilą stało. Naprawdę, jakim prawem? Niestety, on nie miał takiej umiejętności. Resztę nocy przesiedział rozglądając się w poszukiwaniu jakichkolwiek innych zagrożeń. Nikt więcej nie zjawił się tej nocy.



                Ledwie co zaczęło świtać, a Leonard już zbudził Amelie – zrzucając ją z drzewa. Koty zawsze spadają na cztery łapy, prawda? I tak teraz się stało, choć szczerze, miał nadzieję, że jednak tym razem sytuacja potoczy się nieco inaczej.
 - Czyś ty oszalał? – jęknęła kotka.
 - Nie – skwitował Leonard, zeskakując z drzewa – Jeśli wyruszymy teraz, na późne południe i wieczór prawdopodobnie będziemy mieć już inny środek transportu niż nasze nogi - dodał.
 - No nie gadaj – parsknęła Amelie, teraz w formie człowieka.
Odwróciła się i bezceremonialnie zaczęła marsz w stronę wioski.
             Zaczęło padać, nie, - lać, tak bardzo, że trudno było uwierzyć, że mieli jakąkolwiek osłonę w formie drzew. Na początku tylko lekko mżyło, a potem, dosłownie w sekundę, wszystkie oceany postanowiły się na nich wylać. Ściana wody była taka potężna, że trudno było cokolwiek za nią dostrzec. Płaszcze Leonarda przemókł w sekundę, a peleryna Amelie mogła praktycznie nie istnieć. Z każdym krokiem czuł jak woda przelewa mu się w butach. No właśnie, Leonard nienawidził podróży. 
             Szli tak przez kilka godzin, choć dla Leonarda wydawały się to być tygodnie. Zaczęli się już martwić, czy aby nie przeoczyli wioski, jednak udało im się do niej dotrzeć. Mieli serdecznie dość; powinni byli kupić jakieś konie i jechać dalej, ale teraz mieli to kompletnie w nosie. Weszli do pierwszej, a zarazem pewnie jedynej tawerny na tym odludziu. Amelie zajęła im stolik, a Leonard poszedł pod kontuar, zamówić im po piwie, w duszy wiedząc, że nie skończy się na jednym. Cała okolica pewnie nie miała nic lepszego do roboty niż się upijać, bo lokal był strasznie przepełniony. Leonard musiał przeciskiwać się przez tłum, by dotrzeć do Amelie, co nie było łatwą sztuką, w rękach miał dwa piwa, które nie chciały zostawać w swoich kuflach. Kiedy już usiadł na swoim krześle, naprzeciw kobiety, była w nich tylko połowa pierwotnej zawartości. Posłała mu niepocieszone spojrzenie i cmokając sięgnęła po swój.
 - Jeśli tak ci się nie podoba stan rzeczy, następnym razem, ty możesz tam zamiatać – zaproponował Leonard; jego głos niknął wśród krzyków innych gości tawerny.
 - Podziękuję – odrzekła, upijając łyk.
Leonard rozejrzał się po klienteli.
 - Mam nadzieję, że nikt nie będzie grzebać nam po kieszeniach – oznajmił Leonard
 - Marne twe nadzieję – uniosła brew i opuściła puste naczynie na stół – Ktoś będzie próbować, a jak już do tego dojdzie, poobijam mu mordę – wzruszyła nonszalancko ramionami.
 - Słodko.


poniedziałek, 9 września 2019

Dzika psina


               Liźnięcie ręki; taka pobudka przypadła Leonardowi.
 - Amelie-, co do cholery? – warknął.
 - Shhh! – syknęła kotka.
Przeskoczyła na ramię zdegustowanego mężczyzny, pazurami wrzynając się w jego skórę.
 - Słyszysz? – miauknęła.
Leonard umilkł. Pohukiwanie sowy, ale oprócz tego cisza.
 - Nie – skwitował.
 - To dobrze, czyli nie jest jeszcze tak blisko – oświadczyła – Zgaśmy ognisko.
Leonard skinął głową i szybko uczynił to, co Amelie mu poleciło.
 - Cóż, on już wie gdzie jesteśmy, ale dobrze, że nie ułatwiamy mu pracy jasnym światłem – oceniła.
 - On – zaczął – w sensie?
Zauważył, że futro Amelie stoi na sztorc, co u jego samego wywołało gęsią skórkę.
 - Wilkołak – odpowiedziała z pełnym opanowaniem i równym oddechem.
Amelie zarzuciła łbem wskazując na gałęzie drzew. A więc mieli się wspinać. Leonard wiedział, że w tej sytuacji najlepszą opcją jest słuchanie się każdego słowa i gestu kotki. Dawno nie był na drodze, dawno nie mierzył się z zagrożeniem, ale przynajmniej wiedział, że wilkołak, to coś, z czym nawet z dużym doświadczeniem nie chciał się mierzyć, dlatego więc kilkoma zgrabnymi susami znalazł się na drzewie. Amelie ześlizgnęła się z Leonarda i przykucnęła na koniuszku gałęzi, by lepiej przyglądać się temu, co działo się na ziemi. Leonard ze strachem pojął, że i on zaczął słyszeć nadchodzącego wilkołaka. Poczuł to jak pot ścieka po jego skroni. Najpierw były to same kroki i szelest poruszanych krzaków. Potem doszło dyszenie, a jeszcze potem wątłe odgłosy węszenia. Leonard nie mógł powstrzymać trzęsienia rąk. Wilkołak warknął, widząc, że nie ma ich już przy ognisku. Oczywiście nadal ich czuł, spojrzał w górę i sapnął oburzony. Swoimi pazurami przejechał po korze. Kształt ogromnego wilka zaczął zmieniać się w ten kobiety. Leonard nie był w stanie dokładnie określić jej wyglądu przez ciemność nocy, ale Amelie zapewne widziała ją perfekcyjnie. Kobieta, krótkowłosa, splunęła na drzewo, po czym znowu przyjęła swoją zwierzęcą formę i pognała w głąb puszczy. Czyli prawdą było to, że wilkołaki nie potrafiły się wspinać, kiedyś czytał o tym w książkach, ale nigdy nie był pewien rzetelności tej informacji. Przez następne kilka minut oboje nie odważyli się ruszyć ani odrobinę. W końcu Amelie przeszła z kucnięcia do wygodnej pozycji siedzącej, westchnęła, i zwróciła się do Leonarda.
 - Nie sądzę, że był to przypadek – zawiadomiła.
 - Mówisz, że na nas polowała? – chrząknął, nadal przerażony.
 - Tak, sadzę też, że nie będzie to ostatni raz kiedy będzie próbować nas załatwić – uznała.
Leonard dopiero co był pół dnia poza domem, a już ktoś na niego czyhał, pięknie, a na dodatek nie wiedział dlaczego.
 - Pewnie, dlatego, że zbliża się łów – odpowiedziała, zauważając zmieszany wzrok Leonarda – Może jednak śpijmy na drzewie.
 - Może jednak – przytaknął, choć wiedział, że po tym co się stało nie będzie w stanie zasnąć do końca nocy. Jego serce łopotało jak szalone.
Przechylił swoją głowę na bok, szukając wylotu między koronami drzew, spróbował odprężyć się widokiem bladego nieba. Troszkę pomogło, ale tylko troszkę. Wziął głęboki wdech, a potem wydech i kilka razy potrząsnął rękami. Przynajmniej już się nie trząsł. Kątem oka zobaczył, że Amelie łypie na niego ciekawsko.
 - Dawno nie widziałam, żebyś się bał – powiedziała.
 - Dawno mnie nie widziałaś – syknął, zgorszony samym sobą.
Amelie pokręciła ogonem.
 - Fakt, dawno cię nie widziałam – zmarszczyła kocie czoło – Ale i tak dziwi mnie to, jak bardzo się zmieniłeś.
 - Oboje dużo się zmieniliśmy, muszę przyznać, że teraz tęsknie za swoim brakiem jakiegokolwiek lęku.
 - Nie tylko w tym się zmieniłeś.
 - Oczywiście, Amelie, wiem – westchnął, znużony rozmową.

Las


Leonard nienawidził podróży. Bolące nogi, pot i płatająca figle pogoda. Miał nadzieję szybko wskoczyć do pierwszego lepszego powozu i zasnąć, a był to dopiero początek drogi. Od jego domu do najbliższej wioski trzeba było iść przez cały dzień, a do najbliższego miasta, dwa. Już myślał o jakiś udogodnieniach, chociaż wyszli tylko kilka godzin temu. Oczywiście, Leonard zniósłby taką wyprawę z łatwością, ale po co się męczyć? Miał nadzieję, że Amelie myśli tak samo i rzeczywiście, wsiądą do pierwszej lepszej dorożki. Na jego szczęście, pewnie miało się tak stać. Śpieszyli się, więc powolna przeprawa przy użyciu tylko własnych nóg, logicznie, była wykluczona.
               Weszli do lasu, w końcu otrzymując trochę cienia. Leonard nie narzekał na piekące słońce, ale musiał przyznać, że ta zmiana była czymś przyjemnym. Za to Amelie, widocznie w słońcu – cierpiała, gdy tylko zobaczyła pierwsze drzewa z polany, rzuciła się do nich szalonym sprintem. Kiedy Leonard już do niej nadgonił, znalazł ją rozłożoną na runie leśnym. Dyszała, tak jakby podczas biegu zapomniała co to znaczy oddychać. Kiedy już jej oddech się ustabilizował, podniosła się otrzepała się z ziemi i mchu, tam gdzie mogła, po czym odwróciła się i poprosiła Leonarda, żeby zdjął jej cokolwiek co mogło zostać w jej włosach. Było tego dużo, między innymi siedział w nich jeden duży, masywny wręcz, pająk. Leonard bał się pająków. Zastanawiał się czy jest możliwość, że to obrzydliwe coś jest jadowite. Zastanawiał się też, czy nie zostawić go Amelie we włosach i nie pisnąć o tym ani słowa. Jednak, w końcu wyjął go, choć nie było to psychicznie łatwe zadanie. Próbował pomóc sobie w głowie słowami „to co będzie cię czekać jak już dojdziesz na miejsce, będzie gorsze” i cóż, pomogło mu to w wyciągnięciu pająka, ale jego ogólny stan psychiczny nie zniósł tego dobrze. „No właśnie, idę na łów”. Przeszły go ciarki. Próbował z całych sił przepędzić tą myśl.
 - Mam tam coś jeszcze? – Amelie spytała.
 - Nie, ale peleryna trochę ci się przebarwiła – Leonard skwitował szczerze.
Amelie odwróciła się powoli w stronę Leonarda, łapiąc za brudne płótno.
 - Och… - westchnęła smutno – Jak sądzisz, dopierze się?
 - Nie często tarzam się po lesie, nie mogę stwierdzić – rzucił.
 - Ach…szkoda – zaśmiała się – dobrze, że przynajmniej od teraz będziemy mieli ten cień, z tego co pamiętam ciągnie się prawie aż do wioski – powiedziała optymistycznie.
 - Racja, sądzę, że czeka nas jeszcze tylko godzina podróży w słońcu.
               Zaczynało się ściemniać. Leonard już dawno nie spał pod otwartym niebem (choć teraz przesłonionym koronami drzew). Mieli dwie opcje, spać na ziemi, albo na drzewach. Amelie wolała tą drugą, a Leonard pierwszą. Pewnie spałaby w postaci kota, kompletnie niewzruszona tym, że jest nad ziemią. Nawet jakby miała spaść, to na cztery łapy, nie to co Leonard, prawdopodobnie twarzą w jakiś kamień, czy korzeń, a przynajmniej tak to sobie wyobrażał. W końcu, zdecydowali się spać na ziemi. Ustalili wachty – pół nocy Amelie, pół nocy Leonard. Osoba na wachcie miała pilnować ogniska i tego, czy nikt się do nich aby nie podkrada.

Dom


Kiedy Amelie w końcu wyszła z łazienki, Leonard już kompletnie stracił ochotę na kąpiel. Posłał kobiecie krótkie, nienawistne spojrzenie kiedy przemykała do swojego pokoju. Zawczasu zaczął się pakować. Nie chciał targać ze sobą za dużo niepotrzebnych klamotów, zabrał tylko, dla niego, niezbędniki. Kilka koszul, dwie pary spodni, buty na zmianę i jedną książkę, którą mógł czytać nieskończenie wiele razy, a przynajmniej tak sądził. Znał ją praktycznie na pamięć, gdyby go o to poprosić, zacząłby cytować postaci bez błędu, no, oprócz rozdziału o kradzieży miecza głównej postaci, to on sprawiał, że znał tą książkę „praktycznie” na pamięć. Był ten kawałek bowiem tak nudny, że Leonard zawsze go pomijał. Nie wnosił niczego do fabuły, więc dlaczego miałby go czytać skoro jest taki nużący? Nie wiedział dlaczego autor zajął swój czas by go napisać. Tak czy siak, z tym rozdziałem, czy bez, książka była jedną z ulubionych Leonarda. Mimowolnie uśmiechnął się do niej przed tym gdy zniknęła w torbie.
 - Więc zdecydowałeś się? – spytała stojąca w drzwiach Amelie, z jej włosów nadal kapała woda.
 - Jak widzisz – westchnął, zasuwając suwak torby.
 - A więc uzyskałam moją odpowiedź przed ustalonym czasem, ale znając ciebie, pewnie będziesz wolał poczekać do południa z wyjazdem – uśmiechnęła się.
Leonard wiedział, że nie musiał jej odpowiadać, po samym jego wzroku była w stanie ocenić co myśli. Oczywiście, że wolał jak najdłużej oddalać w czasie wyjazd.
 - Szkoda, wychodzić od razu na skwarne godziny. Nie jestem na zewnątrz, a już czuję jak się pocę.
 - Jestem przyzwyczajony do tych temperatur.
 - A ja nie – rzuciła Amelie.
 - Przydałoby ci się trochę opalić – otaksował ją od góry do dołu, patrząc na jej nienaturalnie bladą skórę.
 - To byłoby trudne – odparła – W naszych stronach zdobyłam już miano Bladoszka.
 - Blada i loszka? Aplauz dla tego, kto to wymyślił – zaśmiał się Leonard.
 - O, nie, dlaczego w ogóle ci o tym powiedziałam – Amelie wyglądała na zdegustowaną i rozbawioną w tym samym czasie.
Leonard przestał się śmiać. Nie obraziła się?
 - Od kiedy zachowujesz się względem mnie tak… - nie był w stanie się wysłowić.
 - Wybaczyłam ci, Leonardzie, i tyle – oświadczyła bez krzty szyderstwa czy kłamstwa w głosie.
 - Niestety, ja ciebie nadal nienawidzę, nie wierzę ci – wzruszył ramionami.
 - Niestety – westchnęła – ale możemy nad tym pracować w drodze na miejsce, nieprawdaż?
 - Nie widzę tego – parsknął złośliwie.
 - Sprawię, że zobaczysz.
Leonard już nic więcej nie powiedział, tylko uniósł nieznacznie brwi. Amelie uśmiechnęła się i wyszła z drzwi pokoju Leonarda, znikając w korytarzu. „Wybaczyłam ci, Leonardzie, i tyle”. Jak mógłby w to uwierzyć? Szczerze, chciał, ale nie potrafił. Po tylu latach nienawiści, czy mogła tak po prostu mu wybaczyć? A on jej? Czy dałby radę? Te rozmyślenia zaczęły go denerwować, a teraz, czekało na niego kilka dni patrzenia się w jej twarz, zastanawiając się, czy jest to twarz kłamcy.

Wschody Słońca


Sen nie przychodził, a zamiast niego, do głowy Leonarda zaczęło schodzić coraz więcej obaw. Wstał, narzucił na siebie pierwszą lepszą kurtkę i wyszedł na zewnątrz. Rano mógł nie mieć czasu pożegnać się z plażą, więc postanowił zrobić to teraz. Usiadł wilgotnym piasku i obserwował fale. Niebo nie było już kompletnie czarne, tylko lekko granatowe, co oznaczało, że długo walczył w bitwie o przywilej zaśnięcia i że do południa było coraz bliżej, może, niedługo, za jedynym zamachem pożegna   też swoje wschody słońca? Jedna, samotna mewa towarzyszyła mu do czasu kiedy jaśniejąca gwiazda wzeszła nad horyzont. Teraz, Leonard był już nie byle jak zmęczony. Kiedy kątem oka, wracając do swojego pokoju, zobaczył kanapę od razu rzucił się na nią i odpłynął w zaledwie sekundy, przykrywając się prymitywną kołdrą, jaką była jego kurtka.
                Obudziły go kroki nadchodzące z korytarza. Potarł oczy, by szybciej się wybudzić i usiadł prosto. Oczywiście, była to Amelie.
 - Skąd pomysł by spać na kanapie? W ogóle kiedy ty się tu prześlizgnąłeś? – zaśmiała się.
Nie miał cierpliwości się z nią liczyć o tak wczesnej godzinie, ale, niestety, musiał.
 - Obraziłbyś się, gdybym umyła się w twojej wannie? – spytała.
 - Nie, skądże – odparł.
Sam chciał się odświeżyć przed podróżą, ale znając Amelie, długo nie opuści jego łazienki, więc kąpiel spisał na straty. Zastanawiał się nad tym jak niektórzy ludzie znoszą życie z takimi kobietami, z kimkolwiek. Jego irytowała już tylko świadomość tego, że ktoś przebywa w tym samym domu co on, a teraz był to nikt inny niż Amelie, choć musiał przyznać, że zachowywała się normalnie. Było to dość niepokojące. Zazwyczaj już doszłoby do bójki, ale na razie nie miała miejsca między nimi jeszcze żadna kłótnia. Biorąc pod uwagę to, że czeka ich teraz kilkudniowa, wspólna podróż – ten stan rzeczy szybko ulegnie zmianie.
 - Cha cha cha! Leonardzie nie wiedziałam, że wydajesz tyle na kosmetyki! Ale powinieneś wybierać trochę ciekawiej wiesz? Dlaczego wszystko jest zapachu róż? – usłyszał nieco stłumiony, rozbawiony głos.
Od tej chwili Leonard musiał się powstrzymywać aby nie wparadować do tej łazienki teraz, zaraz i nie wyrzucić wszystkich swoich kosmetyków razem z Amelie za okno. Trwało to około półtorej godziny.

Śnieżnobiały kot


Bursztynowa barwa nieba, pływające po nim chmury, rozjaśniające je słońce. Pędzel śmigał po płótnie jak bryza znad morza, która w tym czasie zajęta była targaniem włosów artysty. Rześkość powietrza koiła jego ból głowy, nieznacznie, ale jednak. Był tak piękny, że na pierwszy rzut oka można by uznać, że jest kobietą. Długie włosy, w odcieniu, którego opisanie możliwe było tylko słowami "mieszanka srebra z bardzo jasną zielenią", lekko falowane, upięte w niski kucyk, pół-przezroczysta, do połowy rozpięta koszula na guziki, ciasne, ciemne spodnie z wysokim stanem, białe buty wizytowe ze złotą podeszwą - tak prezentował się Leonard Aarin Zaros. Myślał właśnie, że o wiele bardziej chciałby mieć widok na zachodzące słońce nad morzem, a nie wschodzące, ale na tamtejszą chwilę, zmuszony był cieszyć się tym co miał. Skończywszy swoje dzieło, z werandy przeniósł je do przepełnionego, prawie po drzwi magazynu. Były w nim dziesiątki, nie, setki obrazów, łapiących kurz. Ten jeden pokój nosił w sobie wiele dni pracy i trudu, a był to zaledwie ułamek jego kolekcji. Przed wyjściem z pomieszczenia dwukrotnie upewnił się, że żaden malunek nie przewali się na ziemię przy zamknięciu drzwi.
Usiadł na szarawej kanapie w salonie. Znudzony monotonią własnej egzystencji, westchnął cierpko. Zdał sobie jednak sprawę, że nie pragnie dla siebie też czegokolwiek innowacyjnego. Naprawdę, był bardzo ciekawym istnieniem. Był już gotowy zabrać się do lektury nieco nudnawej noweli, kiedy nagle przez okno do jego mieszkania wślizgnął się śnieżnobiały kot, o bystrych, czarnych jak heban oczach, mrucząc pogodnie, zaczął kręcić się wokół Leonarda, co dwa okrążenia ocierając się o jego nogi.
 - Nie próbuj zrobić ze mnie idioty, Amelie – raczył w końcu zwrócić uwagę na zwierzę.
 - Widzę, że jesteś równie spostrzegawczy co zwykle, Leonardzie – odchrząknął kot ludzkim głosem – Trochę mnie to rozczarowuje, nie można się z tobą bawić.
Zamiast obdarzyć Amelie puentą czy kontynuacją rozmowy mężczyzna postanowił zaparzyć sobie herbatę. Upił ją w ciągu około pięciu minut, przez ten czas nie odezwał się ani słowem.
 - Jakim cudem jesteś w stanie pić tą wodę z rynsztoku? – zakpił kot – Nie ubliża ci to?
 - Jakim cudem jesteś w stanie spędzać więcej czasu jako zawszona kupa sierści niż człowiek? – zawtórował Leonard – Nie ubliża ci to? – uśmiechnął się.
Z lupą trzeba by było szukać osoby, która, bez kontekstu rozmowy, po samym tym uśmiechu domyśliłaby się, że słowa przed chwilą wypowiedziane przez Leonarda wypełnione były kwasem. Jego gra aktorska mimowolnie, przez lata stała się, jakby to powiedzieć, nie taka zła, na pewno nie był to poziom amatorski, nie chciał nazywać się profesjonalistą, ale bliżej było mu tego.
 - Musisz? Naprawdę, musisz? – syczała kotka.
 - Muszę? Oczywiście, że muszę! Przecież to ty zaczęłaś! – oświadczył.
 - Nie zaczynałabym, gdybyś mnie nie ignorował – wycedziła.
 - Oj, nie o to mi chodziło, kochanie. Mówiąc, że ty to zaczęłaś, chodzi mi o to, jak w blady dzień, postanowiłaś wskoczyć mi do domu przez okno niezapowiedziana i co najgorsze, niezaproszona – Jego głos powoli przechodził z tego cichego opanowania do chłodnego warku.
 - Leonardzie – miauknęła poważnie kotka, przemieniając się w człowieka.
Skórę miała jeszcze bielszą od sierści, włosy proste, w kolorze hebanu, tak samo jak oczy. Na sobie miała białą, luźną koszulę ze złotym wykończeniem, jej większość zakrywana była przez karminową pelerynę . Długa, blada spódnica odsłaniała tylko noski misternie zdobionych trzewików. Jej pas również był pozłacany.
 - Jestem tu przecież z jakiegoś powodu, pilnego.
 - To dlaczego traciłaś swój czas kręcąc się wokół mnie jak idio…
 - Dobra, dobra, wiem, zamknij się już – syknęła, przerywając jego pytanie.
Leonarda powoli zaczęła irytować hipokryzja kobiety. Nie chciał wiedzieć co miała do powiedzenia, nie tylko przez to jak go wkurzała, ale przez to że wiadomość, którą ze sobą niosła była z pewnością pilna. Od dawien dawna lekko mówiąc – nie przepadali za sobą. Bał się myśleć, o tym, co mogło ją skłonić do pojawienia się w jego domu. Naprzeciw kanapy, na której siedział stał stolik, a za nim fotel. Skierował swój wzrok ku niemu sugerując Amelie, by usiadła naprzeciw niego. Ból głowy, choć myślał, że już przeminął, wrócił ze zdwojoną siłą. Odrzucił głowę do tyłu, zamknął oczy i zaczął pocierać swoje skronie w nadziei, że ból ustąpi i zarazem, żeby pomóc sobie pogodzić się z sytuacją w jakiej się znajdował. Wziął głęboki wdech i zarzucił się do przodu, opierając łokcie na kolanach. Spojrzał na Amelie, która już zdążyła wygodnie usadowić się na jego meblu, wręcz za wygodnie. Zarzuciła swoje długie nogi na pierwsze ramię fotela, a plecy oparła na drugim. W ramionach miętoliła szmaragdowe poduszki.
 - Więc dlaczego tu jesteś? – spytał.
Wzięła głęboki wdech i wydech.
 - Nadszedł czas, Leonardzie. Niedługo zacznie się łów – odpowiedziała.
Skrycie wiedział o czym mówiła, ale próbował odrzucić tą myśl od siebie jak najdalej mógł.
 - Rozwiń swoją wypowiedz – uniósł brwi i wykonał zachęcający gest dłonią.
 - Nie wyżyjesz długo na tej herbatce – spojrzała na pustą filiżankę, odstawioną na stolik, Leonard był pewien, że słyszała jak nerwowo przełyka ślinę – W tym roku nikt nie będzie podawał ci jedzenia na srebrnej tacy.
 - Nie rozumiem, przecież to między innymi ja wlewam do naszej rodziny najwięcej pieniędzy – protestował Leonard.
 - Nie pieniądze karmią nasz rodzaj – zwróciła uwagę Amelie.
 - Ale dlaczego ja? Już odpowiednio przysłużam  się tym starcom – zaśmiał się nerwowo.
 - Wiesz, że nasi przywódcy bywają kapryśni, wiedzą, że się zgodzisz. Wiedzą też, że nie dasz się głupio zabić. Ich nie obchodzi to, jak bardzo się starasz, czy to, ile nam dałeś, sądzę, że taki długi żywot zaczął sprawić, że ich chęć zwalczenia nudy stała się silniejsza od moralności – uznała gorzko.
 - A co jeśli się nie zgodzę?
 - Pewnie będą mieli jeszcze większy ubaw niż w tym bardziej prawdopodobnym wypadku. Zabiorą ci wszystko, a potem znowu zmuszą, byś żył w naszej rodzinie. Przecież widziałeś to wiele razy – westchnęła Amelie – No chyba, że chcesz od teraz żyć samotnie.
Leonard opuścił wzrok na drewnianą podłogę.
 - Nie dałbyś rady, prawda? – zdziwiło go to, że w tonie jej głosu usłyszał współczucie.
 - Nie, nie dałbym – westchnął.
Nienawidzili się z Amelie, jednak z wszystkich osób, które znał, to ona wiedziała o nim najwięcej. Miała niezwykle przenikliwe oczy. Przed kimkolwiek innym musiałby chować swój niepokój i stres, by uchować swój honor. Przy niej nie musiał tego robić, ona i tak by go zobaczyła. Nie wiedział czy mu się to podoba, czy strasznie denerwuje.
 - Ile mam czasu na odpowiedź?  - „mam nadzieję, że dużo”.
 - Jeśli chcemy na czas dotrzeć na miejsce, sądzę że mogę poczekać do jutrzejszego południa.
 - Cholera – zaśmiał się cierpko.
Leonard podniósł się na równe nogi i z salonu prześmignął do przestronnego korytarza. Zatrzymał się przy framudze.
 - Twój pokój to ten drugi po lewej – zawiadomił Amelie.
 - Pamiętam – oznajmiła z uśmieszkiem.
Leonard syknął, słysząc jej odpowiedź. Odnosił się do niej z szacunkiem, przynajmniej na tyle na ile był w stanie, jedynie z dwóch powodów; pierwszy – była kobietą, a jemu bardzo zależało na wyrobieniu sobie ego dżentelmena, drugi – bo niegdyś wplątał ją w niezłe bagno, z którego nadal nie wyszła.
               Przeszedł do swojego pokoju i rozłożył się na swoim łóżku. Znał już swoją odpowiedź, ale pragnął dla siebie jeszcze choćby chwili spokoju zanim opuści swój dom przy morzu. Zanim będzie zmuszony do czegoś czego unikał latami. Tamtej nocy Leonard miał kłopot z zaśnięciem, bowiem bał obudzić się bliżej wyznaczonej godziny.



Tawerna

Kotka nie drążyła tematu dalej. Przeskoczyła na szerszą, wyżej położoną gałąź i ponownie zapadła w sen. Leonard zastanawiał się jakim praw...